Lao Che - Gospel
Prawie nigdy nie recenzuję nowości. To świadomy wybór. I jak raz chciałem zrobić od tej zasady wyjątek (płyta ukazała się trzy dni temu - jak na tą stronę to rekord prędkości), to koledzy mnie uprzedzili. Nie żebym się tego nie spodziewał, po trosze oddałem pole walkowerem a za to teraz, jak na rasowego lenia przystało, posłużę się ich recenzjami. Zgadzam się z nimi na tyle, że po prostu nie miałoby sensu ubieranie tego samego we własne słowa.
Roody 102: Lao Che z Biblią w tle
Mateusz Zimmerman: Lao Che modlitwa ponowoczesna
Cóż mogę dodać... Myślę, że nie tylko śledzący wieści dobiegające z obozu zespołu spodziewali się tej wolty stylistycznej. To, że po nagraniu Powstania Warszawskiego po prostu nie ma innego kierunku, niż ucieczka w bok, było dla mnie oczywiste. Ta płyta po prostu musiała być zaskakująca, ergo - nie miała szansy zaskoczyć naprawdę.
Przyznam szczerze, że pierwsze wrażenie było dość negatywne - muzyka wyraźnie prostsza, lżejsza, aranżacje "rzadsze", robiące wręcz wrażenie surowych. Nigdy nie lubiłem Klucznika z Guseł a Gospel w pewnym sensie w całości podąża w tamtą stronę. Jednak po paru przesłuchaniach się przekonałem. Całkiem miło toto buja, cytaty a to z reggae, a to z Santany, to znów pobrzmiewające rasowym disco lat 70-tych, na pierwszym planie częściej klawisze niż gitary. W sumie... czemu nie?
Wyszło z tą płytą trochę tak jak ze słynną "klątwą Nobla" (ponoć żaden noblista po dostaniu owej nagrody nie napisał już arcydzieła). Wszyscy niby wiedzieliśmy, że nie będzie drugiego Powstania Warszawskiego, domyślaliśmy się, że następna płyta musi być i będzie próbą zmierzenia się nie tylko z inną stylistyką ale także innym poziomem tzw. gatunkowego ciężaru, ale skrycie liczyliśmy, że znowu nas walnie o ziemię i emocjonalnie sponiewiera. No i nic z tego. W zamian za to dostaliśmy przyjemnie bujający, ponadgatunkowy album o niebanalnych tekstach, aranżacjach zrobionych z jajem, album na którym słychać radość grania i po prostu dobrą zabawę. Nie koncept-rockowe arcydzieło. Nie tym razem. Nie szkodzi. To i tak płyta dobra i wyróżniająca się, zwłaszcza na tle tego, co się gra w Polsce. Warto po początkowym zawodzie dać jej drugą szansę. A jak trzeba to i trzecią.


2 komentarze:
czarne kowboje - całkowicie tak (chociaż w refrenie mogłyby być mocniejsze gitary), reszta - mam ambiwalentny stosunek. Obiektywnie nie jest to złe, ale w każdym utworze znajduje się element który mnie drażni. A tu jakiś chórek, a tu jakiś starzec, a tu jakieś country, a tu jakieś zaśpiewy a`la Lenny z Motorhead. Cross Over z zasady tak, ale jak się w nim przesadza to ciągle coś drażni. Na poprzedniej jakoś to się "spłaszczyło" po 15 przesłuchaniach, a tu mam problem.
No to mi się spłaszczyło trochę szybciej. Ale za to mam problem z Powstaniem: im lepszy sprzęt tym gorzej ta płyta brzmi :-/
Prześlij komentarz