Terje Rypdal - Bleak House

Dla znających twórczość Rypdala spod znaku ECM, ten debiutancki album norweskiego mistrza gitary może być nieco zaskakujący. To jeden wielki miszmasz stylistyczny - cóż, w wieku dwudziestu jeden lat wyrzucenie z siebie wszystkich pomysłów szalonej głowy wydaje się ważniejsze od stylistycznej spójności.
Zaczyna się od Hendrixa. Otwierający płytę Dead Mans Tale to ocierający się o plagiat trybut dla gitarzysty wszech czasów. Bądź co bądź był to rok 1968, świat gitary dzielił się na Hendrixa i całą resztę, trudno więc o bardziej oczywistą inspirację dla młodego adepta tego instrumentu. Jednak Rypdal już tutaj (tak jak i na całej płycie) pokazuje zaczątki swojego indywidualnego stylu. Duży pogłos, dominujące hammondy, nieco garażowe brzmienie perkusji a do tego solówki grane na... flecie. A potem jest jeszcze zdumiewajęcej. W Wes i tytułowym Bleak House mamy bigbandowe aranżacje, jazzowy kontrabas, fortepian, gitarę - wszystko to oczywiście na raz, w ramach jednego utworu. Winter Serenade z kolei to prawie czyste free - gdyby nie różnice aranżacyjnie można by ją żywcem przenieść do co najmniej kilku późniejszych płyt Rypdala.
Najsłabiej wypadają dwa ostatnie kawałki: Sonority i A Feeling of Harmony. Można by je sobie z czystym sumieniem darować, tylko że wtedy ta i tak już niedługa (raptem 33 minuty) płyta stałaby się właściwie EPką.
Warto zaznaczyć, że wśród muzyków udzielających się na płycie pojawia się inna ikona ECM - rówieśnik Rypdala, Jan Garbarek. Ich ścieżki artystyczne będą się potem splatać jeszcze wiele razy...


0 komentarze:
Prześlij komentarz