Aaron Rosand: Unaccompanied Violin - Bach, Telemann, Ysaye
Bach: Sonata no. 1 in G minor, Partita no. 2 in D minor
Telemann: Fantasia IV, Fantasia XII
Ysaÿe: Sonata No. 2 op. 27 no. 2 Obsession, Sonata no. 6 op. 27 no. 6
Urodzony w 1927 roku Aaron Rosand to wysoko ceniony w świecie wiolinistyki specjalista od romantyzmu. Jak na tego kalibru uznanie zaskakuje jego stosunkowo skromna dyskografia. Mówi się, że nie trafił w czas. Jako spadkobierca wielkiej romantycznej wiolinistyki trafił z karierą na lata regresu jej popularności i - jak sam pomstuje w notce programowej do płyty - degrengolady. Nie mnie oceniać, ile w tym, nieco belferskim w tonie, gadaniu jest prawdy a ile rozgoryczenia człowieka, który "spóźnił się na swoją epokę"...Nagranie, dokonane dla niszowej wytwórni Audiofon, też jest poniekąd belferskie. Rosand, mający za sobą - bagatela - prawie pięćdziesiąt lat kariery zawodowej (debiutował w wieku dziesięciu lat), jest tu świadomy swojej "wczorajszości" ale nie idzie na kompromis. Przeciwnie, z przekorą starego, dobrze wychowanego gentlemana, robi swoje z najwyższą starannością, godnością i klasą. W notce programowej psioczy na współczesne wielkie sale koncertowe (zadziwiająca, choć zapewne nieintencjonalna zbieżność z HIP-owcami), naturalnie więc tego nagrania dokonano we wnętrzu zupełnie odmiennym, mniejszym, mogącym jak on sam to określił "pracować jako wielkie pudło rezonansowe". Założenie słuszne i efekt też znakomity - jakość dźwięku, jego klarowność, dynamika i bliska perspektywa, to niewątpliwie atut tej płyty. Utwory nagrano bez jakichkolwiek cięć, obróbki elektronicznej, odszumiania i tym podobnych chwytów.
A interpretacja... Cóż. Ujmując krótko: to jest płyta dla miłośników romantycznej wiolinistyki a nie dla fanów baroku. Niech nikogo nie zmyli dobór repertuaru - nuty są Bacha i Telemanna ale muzyka z nich grana - na wskroś romantyczna. Nie jestem fanem takiego stylu interpretacji, stali czytelnicy wiedzą, że to nie moja bajka. Ale to nie zmienia faktu, że Rosand budzi szacunek muzykalnością, dbałością o szczegół, o romantyczne piękno frazy. Nie mam nic przeciwko takiej muzyce, dopóki nie łączy się z wieszaniem psów na stylowym wykonywaniu tego repertuaru i negacją jakiejkolwiek innej, niż romantyczna, stylistyki i muzykalności. Co nie zmienia faktu, że z tego krążka najbardziej wchodzą mi dwie sonaty Eugène'a Ysaÿe - również skrzypka, przyjaciela Rosanda. W tym przypadku słychać, że kompozytor i wykonawca wywodzą się z jednej szkoły, jednej estetyki, jednego ducha i nawet jeśli jest to muzyka zapatrzona w barok (zwłaszcza druga sonata Ysaÿego, oparta o temat sekwencji Dies irae) to jest to barok widziany z perspektywy romantyzmu, perspektywy wspólnej dla nich obu.


0 komentarze:
Prześlij komentarz