Bartłomiej Brat Oleś - FreeDrum Suite
FreeDrum Suite dostałem prawie dokładnie trzy lata temu. Jednak dopiero teraz, robiąc research do tej recenzji, przeczytałem co piszą o niej inni. No i trafiłem oczywiście (między innymi) na recenzję Roberta Żurawskiego na Diapazonie, oraz dyskusję, jaką wywołała. W związku z tym, w ramach dalszej blogoizacji tego miejsca, pozwolę sobie, zamiast pisać od podstaw sążnistą recenzję, popełnić raczej dzieło zależne, czyli popolemizować odrobinę.
Zgadzam się naturalnie, że płyta solo to wyzwanie. A płyta na perkusję solo to już jazda bez trzymanki. Tyle, że moim zdaniem Bartłomiej Oleś z tej próby wychodzi obronną ręką (artystycznie; czy komercyjnie - nie wiem, pewnie nie, ale nie obchodzi mnie to). Szczerze mówiąc, dostawszy do rąk ten pięknie wydany krążek, ja też miałem pewne oczekiwania, czegoś tam się spodziewałem. Tyle, że czegoś dokładnie przeciwnego niż pan Żurawski - polirytmicznych, wyrafinowanych brzmieniowo, nieoczywistych, nieagresywnych, introwertycznych, nieco impresjonistycznych struktur. Bądź co bądź na okładce widniało nazwisko Oleś a nie np. Mołr Drammaz. Wniosek prosty - usatysfakcjonowany mógł być tylko jeden z nas. Ewentualnie żaden, ale na szczęście to nie ten przypadek.
Tak więc, ujmując sprawę krótko, po wojskowemu - to jest świetna płyta - bardzo przemyślana, świetnie nagrana, bogata w detale, sonorystyczne i rytmiczne niuanse. Natomiast trzeba zastrzec, że jest to muzyka wymagająca od słuchacza jednej rzeczy - skupienia. I to skupienia absolutnego. Wystarczy się rozproszyć na moment, by magia prysnęła i pozostały tylko dźwięki, szumy, stuki. Ale to nie jest wada. To tylko założenie wstępne. Akceptujesz te "warunki licencji" i wciskasz play, albo nie akceptujesz i wciskasz eject.
No to play.
Zgadzam się naturalnie, że płyta solo to wyzwanie. A płyta na perkusję solo to już jazda bez trzymanki. Tyle, że moim zdaniem Bartłomiej Oleś z tej próby wychodzi obronną ręką (artystycznie; czy komercyjnie - nie wiem, pewnie nie, ale nie obchodzi mnie to). Szczerze mówiąc, dostawszy do rąk ten pięknie wydany krążek, ja też miałem pewne oczekiwania, czegoś tam się spodziewałem. Tyle, że czegoś dokładnie przeciwnego niż pan Żurawski - polirytmicznych, wyrafinowanych brzmieniowo, nieoczywistych, nieagresywnych, introwertycznych, nieco impresjonistycznych struktur. Bądź co bądź na okładce widniało nazwisko Oleś a nie np. Mołr Drammaz. Wniosek prosty - usatysfakcjonowany mógł być tylko jeden z nas. Ewentualnie żaden, ale na szczęście to nie ten przypadek.
Tak więc, ujmując sprawę krótko, po wojskowemu - to jest świetna płyta - bardzo przemyślana, świetnie nagrana, bogata w detale, sonorystyczne i rytmiczne niuanse. Natomiast trzeba zastrzec, że jest to muzyka wymagająca od słuchacza jednej rzeczy - skupienia. I to skupienia absolutnego. Wystarczy się rozproszyć na moment, by magia prysnęła i pozostały tylko dźwięki, szumy, stuki. Ale to nie jest wada. To tylko założenie wstępne. Akceptujesz te "warunki licencji" i wciskasz play, albo nie akceptujesz i wciskasz eject.
No to play.



0 komentarze:
Prześlij komentarz