środa, 26 października 2011

Usunąłem teksty starsze niż dziesięć lat.

Rozważam usunięcie wszystkich starszych niż pięć lat.

Pięć lat to i tak mnóstwo czasu. To ogrom przesłuchanej muzyki i przeczytanych tekstów. Nie identyfikuję się już z tymi tekstami. Jestem już innym człowiekiem.

Pięć lat w życiu jakiegokolwiek serwisu sieciowego to niemal wieczność. Kto miał moje recki przeczytać, ten już przeczytał. A kto nie - niech poczyta coś innego. Świeższego. Aktualniejszego.

Jeśli w ciągu najbliższych kilku lat będę miał jeszcze wenę na pisanie o muzyce, to pojawią się tu jakieś nowe teksty. Jeśli nie…

Od sześciu lat ten serwis i tak powoli zbliża się do wyjścia.

Do zobaczenia w innych miejscach.

piątek, 2 października 2009

Guilmant: Symphony No. 2, Widor: Symphony No. 3, Franck: Choral No. 2 (Tracey, Tortelier)

Organy plus orkiestra symfoniczna plus późny francuski romantyzm... Po drugiej stronie równania musi stać patos i to w ilości uderzeniowej. I stoi. Ale to nie szkodzi.

Tego typu muzyka to oczywiście trochę kuriozum. I dojrzały romantyczny symfonizm i muzyka organowa mają skłonności do rozbuchania, szastania na prawo i lewo a to rozlewnością frazy, a to gwałtownością jakiejś fanfary, to znów monumentalną ścianą dźwięku. W obu symfoniach zaprezentowanych na tej płycie wszystkie te elementy doprowadzone są w zasadzie do ściany, ale bez przekraczania czy rozsadzania od środka romantycznej konwencji. Bez szaleństw formalnych Mahlera, bez jego pęknięcia, zwątpienia, zgrzytu. To raczej taki Czajkowski na sterydach. Ale za to jaki efekciarski!

Płyta jest świetnie nagrana i zagrana. Kunszt Traceya trudno mi ocenić, jako że specjalista od muzyki organowej ze mnie w zasadzie żaden. Z drugiej jednak strony mówimy mimo wszystko o symfoniach, więc ostateczna odpowiedzialność spada na dyrygenta. A Tortelier doskonale panuje tu nie tylko nad orkiestrą, ale i nad okiełznaniem specyficznych warunków akustycznych. Oczywiście sytuację ułatwia fakt, że mamy do czynienia z muzyką z definicji napisaną dla takich warunków odsłuchowych. Obaj kompozytorzy to w swoim czasie czołówka francuskiej "sceny organowej" (jak byśmy to dzisiaj nazwali) - doskonali fachowcy czujący się w tym idiomie jak ryby w wodzie. To słychać w instrumentacji czy nawet w rozmachu frazy. Te kompozycje są stworzone do tego typu olbrzymiej kubatury - operują olbrzymimi masami dźwięku, ale równocześnie jest w nich miejsce na oddech, pogłos, wybrzmienie. Z jednej strony budzi to oczywiste skojarzenia z Brucknerem (też podkreślana jest "organowość" jego symfonii), z drugiej jednak jest to muzyka dużo banalniejsza. Ale nawet jeśli muzycznie bywają te symfonie nieco miałkie, to rekompensuje to czysto sensualna przyjemność wsłuchiwania się w tak muzykę tak soczystą i bezczelnie (bezwstydnie!) potężną. Za odkopanie tych nieczęsto przecież granych i nagrywanych "ramotek" panom Traceyowi i Tortelierowi należą się duże brawa.

Zamykający płytę Chorał Césara Francka to już pozycja wybitnie adresowana do organowych nerdów. Szkoda, że nie dopełniono albumu czymś bardziej w stylu symfonii Guilmanta i Widora, ale może po prostu nie znaleziono czegoś równocześnie pasującego stylistycznie i odpowiednio krótkiego? A może to celowy zabieg, żeby ktoś taki jak ja, niejako przy okazji, wściubił czasem nos (czy raczej ucho) do organowego getta?

wtorek, 23 czerwca 2009

Bruckner - Symphony No. 4 'Romantic' [1st Version 1874] (Russell Davies)

Pierwotną wersję Romantycznej Brucknera pierwszy raz posłyszałem na berlińskim Musikfeście pół roku temu, w wykonaniu London Symphony Orchestra pod Danielem Hardingiem. Co prawda przed koncertem doczytałem w programie, że będziemy mieli do czynienia właśnie z pierwszą wersją, więc nie przeżyłem aż takiego zdziwienia jak Rafał Augustyn, ale mimo to zaskoczenie było spore.

Z nagraniami pierwotnych bądź alternatywnych wersji utworów spotkałem się już w przeszłości w wielu wykonaniach HIP-owych. Z reguły różnią się one od kanonicznych jakimiś detalami instrumentacji, drobnymi zmianami. Czasem zamiast jakiejś części oratorium jest inna. Najbardziej drastycznym znanym mi przypadkiem była Leonora Beethovena - ale i tu zasadniczy zręb dzieła pozostawał w zasadzie bardzo podobny. Na różnice tego samego rzędu nastawiałem się przed symfonią Brucknera - znam ją świetnie, więc będzie okazja do erudycyjnej zabawy w wyszukiwanie różnic. Aż tu zaczęło się i... bum. Zaledwie kilka znanych motywów, z grubsza podobny charakter, przebiegi harmoniczne, ale cała reszta to w zasadzie inna muzyka. Podobna, ale inna. No i co to za szopka ze scherzem? Gdzie jest prawdziwe scherzo z Romantycznej? Skandal!

Koncert przebrzmiał a ta wersja symfonii nie dawała mi spokoju (zwłaszcza scherzo). Coś intrygującego było w tej grze różnic i podobieństw. Aż w końcu się przemogłem i kupiłem CD. Odsłuchałem już kilkanaście razy (last.fm twierdzi, że szesnaście) i od fazy początkowego niedowierzania, negacji i rozdrażnienia (że taka podobna a taka inna), poprzez akceptację i przyzwyczajenie ucha przechodzę do ostrożnej admiracji. To jest całkiem dobra symfonia. Nie lepsza od wersji kanonicznej, co to to nie. Ale z pewnością trzymająca co najmniej poziom Trzeciej. Jest coś fascynującego w ciągle powracającym i powracającym zawołaniu rogów z trzeciej części. Jest kilka absolutnie niesamowitych pionów harmonicznych w kodzie. Już to wystarczające powody, by się z tą wersją zapoznać. Oczywiście jej dyskografia jest uboższa niż wersji finalnej, ale akurat nagranie Denisa Russella Daviesa z Bruckner Orchester Linz znakomicie zaspokaja moje zapotrzebowanie w tej kwestii. Co prawda nie jest to monument na miarę najlepszych nagrań klasycznej Czwartej, ale porównanie ze współczesnymi brucknerystami, jak Tintner, wytrzymuje bez problemu. Warto je sobie sprawić nawet mając komplet (niejeden) symfonii Brucknera. Jako bonus. Wartościowy bonus.

czwartek, 28 maja 2009

Burial - South London Boroughs

Rzadko zdarzają się debiuty tak głośne jak ten Buriala. Wydana przez wytwórnię Hyperdub EP-ka South London Boroughs, a następnie album zatytułowany po prostu Burial, z miejsca zgarnęły niespotykane ilości pozytywnych recenzji, płyt tygodnia, miesiąca, roku. Atmosferę podgrzewał fakt, że sam producent pozostał anonimowy, co zrodziło masę spekulacji. Dość wspomnieć, że niektórzy o bycie Burialem podejrzewali nawet samego Aphex Twina.

Burial wychował się na brytyjskiej muzyce klubowej lat dziewięćdziesiątych, w którą wprowadził go jego starszy brat. Jednak wybiera z tej estetyki tylko drobne fragmenty po to, by samemu stworzyć z nich nową jakość. Jego muzyka jest określana jako dubstep. Z tą klasyfikacją się zgadzam i nie zgadzam. Owszem, dubstep to muzyka gatunkowo najbliższa temu, co prezentuje. Z drugiej strony - to jest jakość o tyle odrębna, że równie wiele ją z dubstepem łączy, co dzieli. A dzieli przede wszystkim wyrafinowanie - zarówno brzmieniowe jak i rytmiczne. Delikatnie utykające dubstepowe rytmy czasem, jak w Broken Home, na skutek nałożeń ścieżek rozmywają się w skomplikowane, polirytmiczne struktury. Brzmieniowo mamy tu czystej wody minimalizm (w znaczeniu dosłownym, nie gatunkowym) - dużo przestrzeni, pogłosu, delikatnych szumów i trzasków, strzępy fraz wysamplowanych z jakichś zapomnianych klubowych piosenek, filmów, zimne i dojmująco melancholijne frazy distant sounds i delikatną, ale hipnotycznie pulsującą warstwę basową.

Burial sam określa swoje utwory raczej mianem "dźwięku" niż "muzyki". Forma jest tu mniej ważna niż feeling, hipnotyzujący niczym stukanie kół nocnego pociągu soundtrack do wielkomiejskiej nocnej melancholii, urban-impresjonizm naszych czasów. Gdyby ktoś wpadł na szalony pomysł, by w dzisiejszej estetyce nakręcić remake Blade Runnera - soundtrack już jest.

South London Boroughs to debiutancka EP-ka i jest to debiut naprawdę mocny. Tylko dwa z zamieszczonych tu utworów znalazły się na pierwszym albumie. Warto więc kupić ten krążek (pozostanę przy tym staromodnym określeniu, choć sam kupiłem SLB w postaci plików) dla pozostałych dwóch - tytułowego, zawierającego już wszystkie elementy stylu Buriala (zaskakujące jak ten facet wskakuje w branżę muzyczną z językiem od razu ukształtowanym, w pełni indywidualnym, na tyle dookreślonym, że późniejsza, nieznaczna już tylko ewolucja, momentalnie wywołuje ze strony niektórych krytyków zarzuty wtórności, moim zdaniem zresztą chybione), oraz świetnego Night Train. Dla kogoś, kto jeszcze do tej pory nie słyszał jeszcze muzyki Buriala, będzie to świetny (i niedrogi) apetizer przed daniem głównym w postaci albumu.

czwartek, 5 lutego 2009

Kurtág - Játékok (György & Márta Kurtág)

Játékok. Czyli gry. Gierki właściwie, bo najkrótsza to zaledwie osiemnaście sekund, a tylko trzy przekraczają dwie minuty. Już to zwiastuje, że duch Weberna będzie tu wiał często a gęsto - mało nut, dużo treści. Ale nie tylko Weberna. Także Strawińskiego (przyzwanego imiennie), Ligetiego (przyzwanego prawie imiennie), innego wielkiego Madziara - Bartoka. Też minimalisty... wróć. Słowo zawłaszczone. Kondensisty? Kondensatora. Beating - Quarrelling - takie kilka prostych, papryczano-agresywnych dźwięków, po jakiejś pentatonice, niczym wyjęte z Mikrokosmosu. A może zresztą wyjęte, kto by się połapał, tyle tego... Często tu bywa elegijnie, neo-impresjonistycznie, zdarzają się fragmenty punktualistyczne, ale jednak stonowane. Flowers we are, mere flowers... brzmi tytuł pierwszej z gierek i w sumie wokół tego się wszystkie obracają, co już wybitnie punktują cztery użyte w roli komentarza (nie należące do cyklu Játékok) transkrypcje fragmentów Bacha. Strzał celny, cóż że w stopę. Bo te transkrypcje udały się Kurtágowi tak, że tylko je wyciąć i w ramki oprawić. No i oczywiście przez to trochę przyćmiewają dzieło samego kompozytora. Chorał Aus tiefer Not schrei ich zu dir już w oryginale szarpie przecież za trzewia, a tutaj, podany po elegijno-webernowskiej pierwszej z gierek (tytuł powyżej - no comment)... Żeby to jeszcze była transkrypcja typu transkrypcja. A to jest transkrypcja typu arcydzieło - żadnego romantycznego fortepianizowania Bacha a przy tym sto procent chorału w chorale i dwieście procent cantus w firmus. Nie mówiąc już o tym, jak w uwerturze z Actus tragicus Kurtagowie sobie nawzajem echo robią... Śliczne. Że tanie? No, co najmniej tak tanie jak dialogi chórów w Kommt, ihr Töchter, helft mir klagen. Czyli tak, że klękać i nie burczeć mi tam.

Klękać, płytę kupować a przed państwem Kurtagami czapki z głów zdejmować. I czekać na następne Játékoki (aktualnie jest tego siedem tomów), wciąż komponowane i aktualnie wydawane z podtytułem Diary Entries and Personal Messages. Refleksję na temat ich ewentualnego kompletnego nagrania zachowam dla siebie, bo smutna jest i zapeszać nie chcę. Zamiast pointy więc - kilka dźwięków:

wtorek, 6 stycznia 2009

Bartłomiej Brat Oleś - FreeDrum Suite

FreeDrum Suite dostałem prawie dokładnie trzy lata temu. Jednak dopiero teraz, robiąc research do tej recenzji, przeczytałem co piszą o niej inni. No i trafiłem oczywiście (między innymi) na recenzję Roberta Żurawskiego na Diapazonie, oraz dyskusję, jaką wywołała. W związku z tym, w ramach dalszej blogoizacji tego miejsca, pozwolę sobie, zamiast pisać od podstaw sążnistą recenzję, popełnić raczej dzieło zależne, czyli popolemizować odrobinę.

Zgadzam się naturalnie, że płyta solo to wyzwanie. A płyta na perkusję solo to już jazda bez trzymanki. Tyle, że moim zdaniem Bartłomiej Oleś z tej próby wychodzi obronną ręką (artystycznie; czy komercyjnie - nie wiem, pewnie nie, ale nie obchodzi mnie to). Szczerze mówiąc, dostawszy do rąk ten pięknie wydany krążek, ja też miałem pewne oczekiwania, czegoś tam się spodziewałem. Tyle, że czegoś dokładnie przeciwnego niż pan Żurawski - polirytmicznych, wyrafinowanych brzmieniowo, nieoczywistych, nieagresywnych, introwertycznych, nieco impresjonistycznych struktur. Bądź co bądź na okładce widniało nazwisko Oleś a nie np. Mołr Drammaz. Wniosek prosty - usatysfakcjonowany mógł być tylko jeden z nas. Ewentualnie żaden, ale na szczęście to nie ten przypadek.

Tak więc, ujmując sprawę krótko, po wojskowemu - to jest świetna płyta - bardzo przemyślana, świetnie nagrana, bogata w detale, sonorystyczne i rytmiczne niuanse. Natomiast trzeba zastrzec, że jest to muzyka wymagająca od słuchacza jednej rzeczy - skupienia. I to skupienia absolutnego. Wystarczy się rozproszyć na moment, by magia prysnęła i pozostały tylko dźwięki, szumy, stuki. Ale to nie jest wada. To tylko założenie wstępne. Akceptujesz te "warunki licencji" i wciskasz play, albo nie akceptujesz i wciskasz eject.

No to play.

środa, 29 października 2008

Yagya - Rhythm of Snow

Dziesięć ambientowych kompozycji autorstwa Aðalsteinna Guðmundssona. Z Islandii, a jakże. Dziesięć płatków śniegu. Bez tytułów, tylko z numerkami. Bo płatki śniegu jak to płatki śniegu: niby takie same, a każdy inny; niby inne, a jednak wszystkie podobne.

Snuje się ten ambiencik tak beztrosko i przyjemnie jak patrzy się na padający powoli śnieg. Nie zawieję, nie zamieć. Nie, nic z tych rzeczy. Mróz szczypie w policzki a śnieg sobie pruszy. Jest bezwietrznie, mroźnie ale nie... zimno. Guðmundsson używa chłodnych barw, przyprawia to odrobiną szumów, ale w sumie ten miękko pulsujący bas (w zasadzie jedyna regularna - może aż za bardzo regularna - pulsacja w tych kompozycjach - Yagya nie używa barw pseudoperkusyjnych), lejące się z jednego ucha w drugie leniwe motywy i dźwiękowe plamy, to wszystko jest takie harmonijne, bezpieczne, uspokajające. Nie ma w tym nic z nastroju alienacji i mroku jaki bardzo podobnymi w sumie barwami odmalowuje Burial. Nie mówiąc już o depresyjnym świetle rodem z Nói albinói. To jakaś inna Islandia. Która z nich prawdziwsza? Nie wiem. Ale czy to w ogóle ważne?

środa, 28 maja 2008

Mozart - The Symphonies (Christopher Hogwood, Jaap Schröder)

Zawsze uważałem, że wydawnictwa typu "complete cośtam" powinny być adresowane do zupełnych świrów z zacięciem muzykologicznym, których z powodu takiego czy innego skrzywienia zawodowego interesują mało znane dzieła danego kompozytora. Jeśli kogoś interesuje najlepsze nagranie Jowiszowej to może ją sobie kupić na pojedynczym CD przebierając w setkach, jeśli nie tysiącach wykonań. Natomiast kilkunasto- czy czasem nawet kilkudziesięciopłytowy boks kupuje się po to, żeby posłuchać tego, czego po prostu nie (na)grywa się na co dzień, poznać twórczość danego kompozytora w szerszym kontekście - niesłusznie zapomnianych cymeliów, całkiem słusznie zapomnianych gniotów, juveniliów, utworów pomniejszych, nieukończonych, czy nawet chałtur - wbrew pozorom to one, nie arcydzieła, stanowią chleb powszedni kompozytora a i na arcydzieła umieszczone w takim kontekście czasem można spojrzeć zupełnie świeżym okiem.

Komplet symfonii Mozarta nagrany przez Hogwooda to wzorcowy przykład tego typu kompendium. Zawiera nie tylko czterdzieści jeden symfonii kanonicznych, ale także dzieła o podważanym autorstwie, apokryfy, alternatywne wersje oraz sporą dawkę muzyki związanej w ten czy inny (zwłaszcza formalny) sposób z symfoniami. Pamiętajmy, że w czasach Wolfganga Amadeusza (a zwłaszcza jego młodości) termin "symfonia" był jeszcze dość niesprecyzowany, określano nim utwory o różnych rozmiarach i formach, często zamiennie używano terminów sinfonia i overtura, więc wybór tego co jest "symfonią" w naszym rozumieniu a co nią nie jest, zwłaszcza w stosunku do mozartowskich juveniliów jest często wyborem czysto arbitralnym i dokonanym mocno a posteriori. W dodatku jest to wybór mocno rzutujący na obecną popularność tych dzieł - te, które dostały się do symfonicznego kanonu, mają szansę zaistnieć choćby przy okazji nagrań innych kompletów symfonii. Te, które się nie dostały - pozostają zapomnianymi ciekawostkami dla muzykologów.

Hogwood nagrał swój komplet na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych z dużą dbałością o muzykologiczną stronę przedsięwzięcia. Symfonie są pogrupowane wg kryteriów chronologiczno-geograficznych a proporcje składu orkiestry zmieniają się w zależności od warunków, jakimi mógł dysponować w tym czasie kompozytor. Większość nagrań jest dokonana jeszcze analogowo. Zarówno jeśli chodzi o interpretację jak i dźwięk (w znaczeniu pracy reżyserów dźwięku, ale także barwy orkiestry) bywa często zestawiany z nagraniem Pinnocka, z korzyścią dla tego drugiego. Nie jestem aż tak zagorzałym mozartystą, aby włączać się w tą polemikę. Dla mnie zarówno dźwięk jak i interpretacja (bardziej zachowawcza ponoć niż u Pinnocka) są wystarczająco dobre (i wystarczająco HIP-owe), natomiast argument w postaci dodatkowych pięciu płyt muzyki w wydawnictwie tego typu i przy innych różnicach sprowadzających się do niuansów, w moich oczach przechyla szalę na korzyść Hogwooda. A w podjazdowych wojenkach o najlepszą interpretację tej czy innej symfonii (choćby wspomnianej wcześniej Jowiszowej) i tak pewnie by się okazało, że karty rozdają inni panowie, nie startujący póki co w kategorii complete symphonies: Harnoncourt? Minkowski?

piątek, 25 kwietnia 2008

Portishead - Third

Niemal punktualnie o dziewiątej rano do moich drzwi zapukał kurier i przyniósł przesyłkę z Amazonu. To mogło oznaczać tylko jedno - nie wyjdę do pracy, zanim nowa płyta Portishead nie znajdzie się na iPodzie.

Tak jak chyba wielu z nas, dawno już spisałem Portishead na straty. Lata dziewięćdziesiąte przeminęły, trip-hop w zasadzie jest kierunkiem tak samo zamkniętym jak grunge. Był i znikł, skończył się (chyba bardziej pokoleniowo niż stylistycznie), pozostały płyty i pewne elementy, charakterystyczne brzmienia błąkające się po różnych płytach w stylistykach neo- i post-... Informacja o reaktywacji czołowego przedstawiciela tego gatunku, o nowej płycie - licząc tylko studyjne, pierwszej od niemal jedenastu lat i dopiero... trzeciej (sic!) w całej karierze - była więc sporym zaskoczeniem no i co tu kryć, narobiła apetytu. Już dawno nie oczekiwałem tak premiery żadnej płyty.

I nie zawiodłem się.

Oczywiście już słychać głosy zawiedzionych tym, że zespół nie nagrał klonu poprzedniego krążka. Spuśćmy na nie zasłonę milczenia.

Third jest z jednej strony odwrotem stylistycznym trochę w kierunku Dummy, z drugiej - dowodzi, że zespół doskonale wie co przez te dziesięć lat działo się w muzyce, doskonale czuje się w naszych czasach i nie po to nagrał płytę aby zaklinać przeszłość i wracać do roku 1997. Nie ma tu walącego po głowie basu, "vinylowych" trzasków, czy "telefonicznych" sampli. Znowu jesteśmy w świecie dźwięków bardziej analogowych, ale to analogowość podana na wskroś współcześnie, kiedy trzeba dyskretnie podparta komputerową obróbką (świetnie "połamana" elektronicznie perkusja w Plastic). Dużo tu brzmień akustycznych, hammondów, analogowych syntezatorów, dźwięków brudnych, industrialnych, jazgotliwych, stukań, łomotów. Nawet z najbardziej "portisheadowych" kawałków co i rusz znienacka wyziera duch a to Blixy Bargelda a to znów Miki Vainio. Muzyka Portishead może straciła nieco na gęstości, tłustości, ale ładunek melancholii zawsze obecny w ich kompozycjach a tu jeszcze podkreślony wyrafinowanymi aranżacjami, rekompensuje to z nawiązką. W większości nie są to już trip-hopowe piosenki w układzie zwrotka-refren, raczej rozwijające się fazami kompozycje, co oczywiście będzie wadą dla osób oczekujących kolejnych hitów w stylu Sour Times.

Na dzień dzisiejszy najmocniejsze punkty tej płyty to dla mnie:

  • We Carry On - parzysty rytm rodem z krzyżówki Öszibarack z cold wave, dużo chłodnej elektroniki, jękliwa gitara, werble, mógłbym tego słuchać w kółko,
  • Machine Gun - agresywny rytmicznie noizowy podkład w połączeniu z analogowymi syntezatorami, coś w połowie drogi pomiędzy Hunterem Björk a Pan Sonicem,
  • The Rip - ballada tak nastrojowa, depresyjna, jak to tylko Beth Gibbons zaśpiewać potrafi;
Kończy się powtarzanym elektronicznym, dronowym glissandem, do którego dochodzi w unisonie wiolonczela. Tak mogłaby się kończyć płyta Einstürzende Neubauten.

Podoba mi się to nowe wcielenie Portishead. Podoba mi się, że odnaleźli się we współczesnej stylistyce, że pozostają sobą a nie brzmią jak własni epigoni, albo - co gorzej - jak parodia samych siebie. Stwierdzenie, że "warto było czekać dziesięć lat na tą płytę", to oczywista przesada. To nie jest i nie może być płyta rewolucyjna, bo od robienia rewolucji są dzisiaj młodsi. Ale mimo to, warto było wejść do studia po tylu latach i nagrać Third. Choćby po to, żeby wszystkim pokazać, jak powinien wyglądać prawdziwy come back: właśnie tak. Czapki z głów!

P.S. (27.04.2008) Robert Sankowski we wczorajszej GW mocno akcentuje związki pomiędzy Third a stylistyką cold wave. A Królewna po wysłuchaniu We Carry On stwierdziła: "Tak mógłby grać Joy Division, gdyby żyli dzisiaj". Coś w tym musi być.

czwartek, 24 kwietnia 2008

Charlie Parker, Miles Davis - Bird & Miles (Historical Sessions Digitally Remastered)

Ten krążek to wydana w 1995 roku cyfrowo remasterowana wersja składanki wydanej ledwie siedem lat wcześniej (1988). Od pierwszego wydania różni się ilością utworów (tu mamy ich trzynaście zamiast siedmiu) no i zapewne dźwiękiem, ale tego nie jestem w stanie stwierdzić nie mając porównania z poprzednią wersją. Tak czy siak, ze względu na dodatkowy materiał, po wydanie wcześniejsze raczej sięgać nie warto.

Kompilacja zawiera nagrania zespołu Charliego Parkera (z młodym Davisem jako sidemanem) z różnych sesji nagraniowych z lat czterdziestych. Dźwięk, jak na wiek nagrań, jest bardzo dobry. Część utworów to standardy grywane potem bardzo często (i wręcz do znudzenia pojawiające się na nagraniach) przez zespół Davisa, z nieśmiertelnymi A Night in Tunisia i Embraceable You na czele, ale z ośmiu utworów autorstwa samego Birda wiele pojawia się tylko na jego płytach z lat czterdziestych a potem dopiero na składankach wydawanych na CD. I dla nich warto nabyć ten krążek, nawet posiadając już bogatą dyskografię wczesnych nagrań króla trąbki.