Guilmant: Symphony No. 2, Widor: Symphony No. 3, Franck: Choral No. 2 (Tracey, Tortelier)
Organy plus orkiestra symfoniczna plus późny francuski romantyzm... Po drugiej stronie równania musi stać patos i to w ilości uderzeniowej. I stoi. Ale to nie szkodzi.
Tego typu muzyka to oczywiście trochę kuriozum. I dojrzały romantyczny symfonizm i muzyka organowa mają skłonności do rozbuchania, szastania na prawo i lewo a to rozlewnością frazy, a to gwałtownością jakiejś fanfary, to znów monumentalną ścianą dźwięku. W obu symfoniach zaprezentowanych na tej płycie wszystkie te elementy doprowadzone są w zasadzie do ściany, ale bez przekraczania czy rozsadzania od środka romantycznej konwencji. Bez szaleństw formalnych Mahlera, bez jego pęknięcia, zwątpienia, zgrzytu. To raczej taki Czajkowski na sterydach. Ale za to jaki efekciarski!
Płyta jest świetnie nagrana i zagrana. Kunszt Traceya trudno mi ocenić, jako że specjalista od muzyki organowej ze mnie w zasadzie żaden. Z drugiej jednak strony mówimy mimo wszystko o symfoniach, więc ostateczna odpowiedzialność spada na dyrygenta. A Tortelier doskonale panuje tu nie tylko nad orkiestrą, ale i nad okiełznaniem specyficznych warunków akustycznych. Oczywiście sytuację ułatwia fakt, że mamy do czynienia z muzyką z definicji napisaną dla takich warunków odsłuchowych. Obaj kompozytorzy to w swoim czasie czołówka francuskiej "sceny organowej" (jak byśmy to dzisiaj nazwali) - doskonali fachowcy czujący się w tym idiomie jak ryby w wodzie. To słychać w instrumentacji czy nawet w rozmachu frazy. Te kompozycje są stworzone do tego typu olbrzymiej kubatury - operują olbrzymimi masami dźwięku, ale równocześnie jest w nich miejsce na oddech, pogłos, wybrzmienie. Z jednej strony budzi to oczywiste skojarzenia z Brucknerem (też podkreślana jest "organowość" jego symfonii), z drugiej jednak jest to muzyka dużo banalniejsza. Ale nawet jeśli muzycznie bywają te symfonie nieco miałkie, to rekompensuje to czysto sensualna przyjemność wsłuchiwania się w tak muzykę tak soczystą i bezczelnie (bezwstydnie!) potężną. Za odkopanie tych nieczęsto przecież granych i nagrywanych "ramotek" panom Traceyowi i Tortelierowi należą się duże brawa.
Zamykający płytę Chorał Césara Francka to już pozycja wybitnie adresowana do organowych nerdów. Szkoda, że nie dopełniono albumu czymś bardziej w stylu symfonii Guilmanta i Widora, ale może po prostu nie znaleziono czegoś równocześnie pasującego stylistycznie i odpowiednio krótkiego? A może to celowy zabieg, żeby ktoś taki jak ja, niejako przy okazji, wściubił czasem nos (czy raczej ucho) do organowego getta?









